W cieniu drzew na Monte Pincio znaléźć można zawsze gdzieś ławkę pustą, i popatrzyć na Rzym, usypiający w mrokach wieczoru, mrugający światełkami, jakby oczyma drzemiącemi.

Przesuwający się przechodnie ożywiają ten plan piérwszy pięknego obrazu, nie psując wrażenia całości. Z cygarem w ustach, Wiktor zasiadł wygodnie i oparł się o pień kasztana, gdy w dali spostrzegł kobiétę, całą obwiniętą wielką chustką czarną, przechadzającą się zwolna, z głową spuszczoną.

Niekiedy stawała, rzucając okiem na obraz, który dla niéj zapewne był nowym; potém, jak gdyby inni przechodnie przypominali jéj obowiązek poruszania się, szła znowu krokiem opieszałym.

Wiktor poznał w niéj łatwo owę artystkę, tak mocno zajmującą całą kolonią polską.

Nie miał zamiaru zbliżać się do niéj, ale mimowolnie oczyma ją śledził, starając się odgadnąć myśli biédnéj samotnicy. Postać jéj, ruchy, chód, zwieszona głowa, jakby ciężarem jakimś przygnieciona, dawały odgadnąć łatwo istotę znękaną, z nowém swém położeniem nieoswojoną.

Wiktor starał się odgadnąć przeszłość téj wygnanki, zmuszonéj chwycić dla życia za penzle, dawniéj służące jéj tylko za zabawkę. W ciągu bardzo krótkiéj z nią rozmowy dostrzegł, że nie musiała być oswojoną z niedostatkiem i artystyczną oszczędnością. Ubiór jéj, nadzwyczaj prosty i niewykwintny, ułożony był jednak z pewném staraniem nałogowém o wdzięki; ręce były delikatne, białe, arystokratyczne, niezapracowane, a wyraz twarzy nienawykły do pokory ubogich. Coś dumnego, gniéwnego niemal, energicznego patrzyło z oczu wpadłych głęboko, ciemnemi śladami łez obramowanych.

Przypatrywał się jéj Wiktor, znajdując także coś tragicznego w téj postaci błąkającéj się samotnie wśród tłumu, z myślami i troskami — gdy przechadzająca się, potrącaną będąc przez wesołych a nieuważnych przechodniów, usunęła się trochę w głąb ku drzewom i zbliżyła ku ławce, na któréj siedział Wiktor w cieniu. Nie widziała go zrazu i rozpoczęła swą przechadzkę nanowo, tu, gdzie mniéj było ludzi, a miejsca więcéj.

Przeszła tak parę razy około niego, nie postrzegłszy, i dopiéro po kilku zwrotach, rzuciwszy na ławkę okiem, zdawała się go poznawać. Ciekawemi oczy zmierzyła go, dla sprawdzenia czy się nie myli; wstrzymała się nieco, zawahała i przystąpiła bliżéj.

Wiktor zmuszony był się ukłonić, na co odpowiedziała mu skinieniem głowy i siadła daléj trochę na téj saméj ławce.

— Korzystam ze sposobności, aby panu podziękować — odezwała się głosem, w którym mniéj było energii, niż gdy ją spotkał piérwszą razą. — Wymknąłeś mi się pan tak, żem mu nawet polskiego Bóg zapłać powiedziéć nie mogła.