— Bo nie było za co — odrzekł, śmiejąc się, Wiktor.
— Pan jesteś artystą? — zapytała.
— Nie, pani, jestem próżniakiem, miłującym sztukę i czasem trwoniącym czas na nią niepotrzebnie.
Z głową zwróconą ku niemu słuchała kobiéta.
— Cieszę się, że pan nie jesteś artystą i że ja go nie zastraszę przybyciem mojém tu, gdzie artystów jest tylu, a miłośników podobno tak mało.
Pomyślała trochę i ciągnęła z coraz wzrastającą energią:
— Niech to pana nie dziwi, że nie mając kogo pytać, będę niedyskretną. Szczérze mi pan powiédz: czy z małym talentem a wielką pracą można wyżyć z tego penzla nieszczęśliwego?
Wiktor słuchał cierpliwie.
— Z wielkim nawet talentem i niemniejszą pracowitością sztuką żyć bardzo trudno — odparł, nie obwijając w bawełnę surowego wyroku. — Do pozyskania imienia dobić się niełatwo, a bez niego jest się na łasce przekupniów. Ci zaś mają tyle do wyboru, a tak są nawykli do nabywania prawie darmo, że rachując na nich, można umrzéć z głodu. Ludzie co kupują, wolą tanio nabyć u handlarza brzydkość, niż coś dobrego u artysty. Nie znają się powiększéj części, idzie im tylko o pamiątkę z podróży.
— A jeżeli do życia potrzebuje się mało, bardzo mało? — przerwała kobiéta.