— Nie wiem doprawdy, co mam pani odpowiedziéć, abym jéj nie uczynił zawodu — rzekł Wiktor. — Nie byłem dotąd narażony na konieczność zarobkowania.

Nastąpiło milczenie. Kobiéta szklanemi oczyma patrzyła ku Watykanowi; Wiktor patrzył na nią. Miała w téj chwili oblicze wistocie tragiczne.

— Nie sądź pan — dodała zimno — ażebym i ja już się znajdowała w położeniu podobném. Zapewne dość długo jeszcze płótno psuć będę mogła, nie potrzebując szukać na nie kupca, ale wszystko przewidziéć trzeba.

Słuchacz nic nie odpowiedział.

— Pani wprost z kraju przybywa? — zapytał po przestanku.

— Nie — odparła nieznajoma — od lat kilku mieszkałam za granicą. Zmieniło się położenie moje, a dawniéj już kochałam sztukę i zajmowałam się nią dla niéj saméj.

To mówiąc, wstała, poprawiła na sobie chustkę i chciała już odejść, ale usiadła znowu.

— A pan oddawna jesteś w Rzymie? — zapytała.

— Po Włoszech włóczę się nie od dzisiaj, choć niezawsze siedzę w Rzymie — rzekł Wiktor. — I terazbym tu nie powinien być, gdyby... nie jakaś ociężałość i... różne okoliczności.

Nieznajoma poruszyła się znowu i zatrzymała, namyśliwszy nieco.