— Rzym jest cudnie piękny — odezwała się — ale jakże smutny!
— Jest téż on przytułkiem tych, co tu resztki życia przychodzą zagrzebać w miłości sztuki, lub w modlitwie. Młodzi tu prędko starzeją, a starzy żyją długo.
Kobiéta popatrzyła na Wiktora i, skłoniwszy mu się głową, powolnym krokiem odeszła. Widział ją jeszcze parę razy idącą wzdłuż placu, aż znikła mu w mrokach wieczora. Z politowaniem powiódł za nią oczyma. Z krótkiéj rozmowy łatwo było wywnioskować, że biédna kobiéta przybyła tu ze złudzeniami niedoświadczenia i ciężkie godziny miała do przebycia przed sobą. Czuł przytém, iż była jedną z tych istot dumnych, którym żadnéj pomocy ofiarować się nie godzi.
Przesiedział tak, pozostając na miejscu prawie do mroku sam na ławce; potém nałogowo, machinalnie powlókł się do swojéj tratoryi. Potrzebował się czémś rozerwać, wrócić do postradanego stanu ducha, w którym czuł zmianę wielką.
Przyczyną jéj była Liza. Wiedział o niéj z dawniejszych czasów tyle, ile wszyscy zdala stojący słyszéć mogli. Bliższe poznanie nowe myśli obudzało. Ostatnia rozmowa w zastygłą duszę rzuciła zarzewie. Rozczarowany, ochłodły, obawiał się dać ująć urokowi, który nań wywiérała.
— Powinienem uciekać, gdy tylko przyzwoicie wykonać to się da — mówił w duchu. — Przyrzekłem ją oprowadzić po Rzymie. Zniknąć nagle byłoby niegrzecznie. Potrzeba znaléźć powód do odjazdu.
Szedł tak rozmyślając, gdy naprzeciw posłyszał ze śmiéchem suchym i naleganiem kilka razy coraz głośniéj powtórzone:
— Buona sera!
Trudno było w antypatycznym dźwięku tych słów nie poznać hr. Filipa. Szedł podrażniony, rozgorączkowany więcéj niż zwykle, zmuszając się do fałszywéj wesołości.
— Sądziłem że pan dotąd siedzisz u naszego ideału — odezwał się, nadciągając. — Słyszałem żeś pan tam obiadował.