— Zkądże hrabia wiész o tém?

— Wiem wszystko, co się ideału tyczy — mówił Filip, zwracając się i okazując ochotę towarzyszenia idącemu ku garkuchni. — Cały świat wié, że się kocham oddawna w pięknéj Lizie że o nią jestem zazdrosny.

— Ja przynajmniéj do tego mu nie dam powodu — rozśmiał się Wiktor.

— Dlaczego nie. Wszyscy co się zbliżają do niéj, co na nią patrzą, co z nią mówią, którym się ona uśmiécha, budzą zazdrość we mnie. Zazdroszczę nawet jéj bratu i służącym.

— A! — przerwał Wiktor szydersko — więc wedle słów poety powinieneś pan zazdrościć i wiatrowi co muska jéj lice, słońcu, które gra w jéj oku...

— Wszystko to śmiészném być może, nie przeczę — odparł hrabia — lecz namiętność wszelka zimnym ludziom wydawać się musi śmiészną. Tak jest — dodał z pewnym rodzajem desperacyi, która żartobliwą być chciała. — Kocham się w tym ideale od lat wielu... nadaremnie, a uléczyć mnie z téj pasyi nawet lodowata obojętność przedmiotu mych adoracyj nie może! Umrę już z tą chorobą.

Szli zwolna ku tratoryi, a hrabia z ciągłą gorączką, nie zważając na małą znajomość z Wiktorem, wywnętrzał się w sposób nieco dziwaczny.

— To nieszczęśliwa kobiéta! Nieboszczyk mąż ją zgubił, odebrał jéj wiarę w ludzi, ochotę do życia. Był-to człowiek potworny, tyran, rozpustnik, cynik obrzydliwy, który tego anioła poszanować nie umiał. Cierpiała z nim tyle, że jéj życie zbrzydło; cały rodzaj męzki musi sobie wyobrażać tak ohydnie zepsutym, jak był ów Cyryl. Odpycha téż wszystkich. Nie dziwiłbym się, gdyby mnie jednego los ten spotkał i tłumaczyłbym to jakąś idiosynkrazyą; lecz tak samo odrzuciła hr. Augusta, który się w niéj od niepamiętnych czasów kocha i pozostał jéj wiernym. Tak samo odprawiła młodszych i wielce dystyngowanych.

— Brat mi mówił i ona sama się z tém nie tai — rzekł Wiktor — iż wcale za mąż iść nie myśli.

— Ale one tak mówią wszystkie — rozśmiał się hrabia. — Właśnie dlatego, że to się tak głośno i często powtarza, jabym wątpił. Gorycz piérwszego małżeństwa pozostała jéj jeszcze na ustach.