— Ale... — spróbował jeszcze zaprotestować, ruszając ramionami, pan Ferdynand.
— Żadnego ale! Wszyscy go tu chcemy miéć, a im dziwaczniéj wygląda, tém pożądańszy — odparła księżna.
Pani Liza skinęła na brata, potwierdzając, a ten posłuszny wymknął się z salonu i trafił na to, gdy służący podawał gościowi limonadę, którą on pił z widoczną rozkoszą zmęczonego i spragnionego człowieka.
— Jeżeliś pan łaskaw i pozwolisz się zaprezentować mojéj siostrze i księżnie Teresie, która jest u nas, zaprosiłbym go do salonu.
Dostojne imię księżny, zapowiedziana znajomość drugiéj pani, na podróżnym nie zdały się wcale wielkiego robić wrażenia. Spojrzał na swój kij, który po namyśle zdecydował się porzucić w przedpokoju, wziął za ogromny kapelusz opylony i, jak stał, niewiele się o strój swój troszcząc, ruszył z panem Ferdynandem. Z nich dwóch, z pewnością drugi był daleko mocniéj zakłopotany.
W salonie z ciekawością oczekiwano na zapowiedzianą figurę ekscentryczną, o któréj gospodyni rozpowiadała pocichu, co posłyszała od brata. Najmniéj może zajęcia okazywał siwowłosy, który nie lubił się bawić tém, co wistocie robiło wrażenie smutne. Kobiéty zato oczy miały zawczasu na drzwi zwrócone.
Pan Wiktor wchodził zwolna, poważnie, pewien siebie. Nie można się było dziwić panu Ferdynandowi, że go wziął znowu za artystę, miał bowiem w całéj swéj postaci cóś, co przypominała żywo konwencyonalny typ artysty-Cygana, do któregośmy z francuzkich ilustracyj nawykli.
Z pod téj powłoki jednak, jak gdyby sztucznie i umyślnie przywdzianéj, zdawało się przeglądać cóś, co się w nim domyślać kazało człowieka wyższego towarzystwa, który dobrowolnie zdziczał.
Twarz jego, któréj włosy rozrzucone, broda i wąsy długie, zaniedbane nadawały fantastyczne znamię, była jeszcze piękną, choć mocno już życiem zniszczoną. Szlachetne, delikatne rysy jéj okrywała skóra zżółkła, jakby wyschła, gdzieniegdzie poprzecinana zawczesnemi zmarszczkami. Malarz mógłby był z niego zrobić łatwo jakiegoś Byronowskiego bohatéra, lub romantycznego bandytę. Lecz namiętności, co jak rozpalona lawa przebiegały i poorały twarz tę piękną niegdyś, dziś zdawały się już ostygłe, gorycz tylko jakąś i sadze zostawując po sobie.
Widok zebranego przy okrągłym stole towarzystwa nie zaimponował bynajmniéj przybywającemu. Jak gdyby był najwytworniéj ubrany, ze swobodą i zręcznością człowieka nawykłego do świata, zbliżył się do gospodyni, tłumacząc iż zmuszony tylko, śmié się jéj przedstawić w tak podróżném ubraniu.