Skłonił się potém z wielkiém uszanowaniem księżnie, która go nadzwyczaj ciekawemi i jakby zdumionemi badała wejrzeniami, dał się zaprezentować dwom hrabiom i zajął miejsce wskazane ze swobodą człowieka, który nic nie ma do stracenia i nic téż zdobywać nie myśli.
Gospodyni, nie wiedząc od czego rozpocząć ma rozmowę, zapytała go, od jak dawna przebywa we Włoszech.
— O, ja się tu po tych Włoszech i po całym świecie włóczę już od lat wielu — podróżny rzekł bez przymusu, z otwartością i poufałością niespodzianą. — Należę do téj kategoryi ludzi u nas licznych, zwichniętych, którzy nie wiedzą co mają zrobić z sobą; włóczę się więc, słucham, patrzę i... zabijam czas, nie mając co z nim robić.
— Brat mój mi mówił, że pan się zajmujesz sztuką — dodała gospodyni nieśmiało.
— Jest-to jedyna rzecz jeszcze na świecie, która mnie nie znudziła — odparł podróżny — chociaż i z nią często się kłócę.
Księżna, zdająca się z żywém zajęciem śledzić tę zagadkę, wtrąciła, mieszając się do rozmowy:
— Zdaje mi się, że i ja kilka razy widziałam pana zdaleka, szkicującego cóś na ruinach.
— Bardzo to być może — rzekł zapytany. — W Rzymie widzi mnie każdy niemal codzień w jakimś zakącie, bo się snuję nieustannie.
— Rzym tak jest ponętny dla artysty! — zauważyła gospodyni.
— Ale ja artystą nie jestem i być nie chcę — przerwał żywo gość. — Jest to i zawiele dla mnie honoru i zamało. Artyści są-to najczęściéj istoty, które widzą tylko skorupę rzeczy i ograniczają się wrażeniami, nie sięgając głębiéj. Trzeba być trochę i artystą, ale być tylko artystą — biédna to rzecz, smutna dola!