— Wiem — rzekła — i pan wiedziéć o tém powinieneś, czego ja nie potrzebuję mówić.
I jeszcze raz dłoń jéj się wysunęła ku niemu. Schylił się i do ust ją przycisnął z poszanowaniem.
— Nie mówiąc, powiedzieliśmy sobie wszystko — dodała Liza. — Pan... nie, już nie pan, ale ty wiedziéć powinieneś, że są chore dusze, które tak bolały wiele, iż nawet szczęścia się boją. Całe nasze szczęście, cała przyszłość nasza, to taka jak dziś rozmowa, takie jak dziś ciche uczucie, takie serdeczne braterstwo. Nieprawdaż?
— Bądź mi Beatryczą! — rzekł Wiktor pocichudrżącym głosem, przyklękając przed nią. — Nie żądam więcéj.
— Zaślubmy sobie dusze — zawołała Liza — po niebiańsku. Niech nas nic nie rozdzieli; ale nie pragnijmy tego, co szczęście nasze może pokalać.
Spojrzała na Wiktora, który stał rozjaśniony i szczęśliwy.
— Tyś panią, królową, mistrzynią! Niech się stanie wola twoja!
Przycisnął rękę jéj do piersi... Zamilkli... Oboje byli tak poruszeni, iż długa chwila upłynęła, nim znowu cichym szeptem rozpoczęła się rozmowa. Wiktor usiadł przy niéj, ujął jéj rękę i pozostali tak, zapominając się, nie licząc godzin, nie wiedząc o Bożym świecie.
Nierychło porwała się z siedzenia Liza i szybko osłaniać zaczęła do wyjścia. Strach ją ogarniał znowu. Wiktor chciał ją przeprowadzić, lecz nie pozwoliła na to. Zgodziła się tylko, by Anunziata wyszła z nią aż do bramy, prowadzącéj na ulicę.
Staruszka znalazła się jakby przypadkiem u progu, szczęśliwa że Wiktor żadnych jéj nie czynił wymówek.