Zamilkła słuchająca.
Filip drżał i chodził, jak bezprzytomny.
— Może ci w łeb strzelić — rzekła po chwili. — Ja, przyznam ci się, będąc na twém miejscu i popełniwszy taką... no, nazwijmy to niedorzecznością, dziśbym opuściła Rzym.
— Aby mówiono żem się uląkł następstw mojego kroku. O nie — rzekł Filip. — Niech będzie co chce.
Potrząsając głową, księżna siedziała milcząca.
— Żeby znowu tak się kochać i po tylu latach nadaremnego wzdychania tak szaléć! — rzekła zcicha.
Filip nic nie odrzekł na to.
— Księżna powinnaś mnie bronić — wtrącił, tylko po chwili.
— Daj mi pokój! Gdy sprawa idzie o kobiétę, my wszystkie piérwszy mamy obowiązek w niéj bronić siebie. Po mnie niczego się nie spodziéwaj.
Filip popatrzył na nią długo.