— Zatém i od pani dostaję odprawę? — spytał.

— Żal mi cię, ale niéma na to rady. Utop się w Tybrze, który podobno wezbrał, bo mi mówili że do Panteonu dostać się nie można i woda w nim stoi; palnij sobie w łeb, albo jedź gdzie za świat, bo tu nie masz co robić. Oto rada moja.

Rozśmiał się szydersko Filip.

— No, zobaczymy — rzekł, żegnając ją — muszę sobie radzić sam i... poradzę.

Księżnie Ahaswerze po téj rozmowie pilno było niezmiernie dostać się do swych przyjaciółek, złapać kogoś, słowem wcisnąć się w tę intrygę i pewną w niéj rolę odegrać.

Szukając w myśli, kogoby sobie w pomoc wziąć mogła, wpadła na poetę. Napisała słów kilka i posłała po niego. Wybór to był najnieszczęśliwszy, gdyż ów niedożyły geniusz i niezrozumiany artysta w życiu praktyczném był najnieporadniejszym z ludzi. Całe swe życie popełniał patetyczne omyłki i wielkobrzmiące głupstwa.

Kartka księżny, która go zastała w biédnéj zajmowanéj przez niego izdebce, pełnéj papiérów, śmieci i nieładu, naprzód wbiła go w pychę. Ale żal miał do téj kobiéty, do któréj zaczynał się przywiązywać. Myląc się w ocenieniu wezwania, sądził że się serce odezwało. Chciał się podrożyć z sobą; ale wnet poruszony, zwyciężony tą ręką wyciągniętą, któréj potrzebował do życia, ubrał się, zapomniał urazy i pobiegł.

Spodziéwał się znaléźć Ahaswerę czułą, rozmarzoną, bolejącą po śmierci męża, o któréj wieść go już dochodziła, a tymczasem w progu powitała go roztargniona i niecierpliwa.

— Czegożeś tak długo czekać na siebie kazał? Mam tysiące potrzeb, tysiące pytań.

Oblała go zimną wodą. Nasrożył się, chciał stać się czułym i patetycznym, ale przerwała mu żywo.