Zastał gospodarza siedzącego w przyciemnionym żaluzyami pokoju, bez książki, bez roboty, w myślach i dumach.

Postawa poety i gwałtowność, z jaką wpadł, kazały się domyślać, że nie z prostą grzecznością przychodził. W milczeniu wiele znaczącém począł, łkając prawie, bo był do płaczu skłonnym, ściskać go mocno.

— Biédny! biédny! zacny mój... kochany!...

— Cóżto jest? — zapytał Wiktor, śmiejąc się. — Biédny! ja? ale ja nie czuję się nim wcale.

— Jakto? — przerwał poeta — jakto? więc...

— Kochany wieszczu, nie rozumiem nic.

Emil Marya zmieszał się, ale cofać się nie mógł.

— Miałżebyś zupełnie o niczém nie wiedziéć? —

— Tak dalece, że nie mam pojęcia nawet, co to być może.

Poczuł dopiéro Emil Marya, że na niego spadł ciężar daleko większy, niż przewidywał. Pocieszać i radzić, ostrzedz był gotów, ale być zwiastunem złego...