W tym dzikim jarze nagle zabielał dworek i różami zasadzony pachniał ogródek. Chatka była uboga, a w kwiatki bogata. I kwiatki rosły tu w dobréj zgodzie z grządką skromnéj pietruszki, z kapustą i rzodkwią.

Wśród czarnych gałęzi sosen, wychylała się, obsypana kwiatami różowemi, jakby wiązanka bzów wonnych.

I tu było życie...

Téj wiosny zawczasu około willi, na któréj czole stał napis: Sistina, domki były pozajmowane przez przybyszów; właściciele wróżyli z tego, że ów prąd cudzoziemskich gości, który się od saskiéj rezydencyi odwrócił, znowu się ku niéj skierował. Wszystkich mieszkających, przybyłych, najmujących, w czambuł Sasi tytułowali baronami i hrabiami, a gotowi byli tytułować i książęty, byle z góry płacili.

Sistina była już od roku nabyta, bo wprzódy zwała się podobno willą Flory czy Rosy, inne zaś w sąsiedztwie ponajmowane przez towarzystwo, o którém stary Lehman, właściciel jednéj z nich, twierdził, że to być musi rodzina, bo wszyscy ciągle żyli z sobą.

W Sistinie, urządzonéj już wedle gustu nowéj właścicielki, zbiérano się najczęściéj, bo tu było najobszerniéj, najwygodniéj i widok na okolicę najpiękniejszy. Obok druga, dosyć także sporych rozmiarów, mieściła jednę tylko panią.

Z przeciwnéj strony, w mniejszym domku, mieszkał siwy, sam jeden mężczyzna; jeszcze daléj, na małym pagórku w fantastycznym gotyckim domku, pani z któréj Niemcy nie byli kontenci, bo zwali ją niespokojną i zbyt wymagającą.

W tych gościach nadelbiańskich łatwo się czytelnik domyśli zbiegów znad Tybru, którzy tu przytułku szukali. W Sistinie mieszkała pani Liza z bratem, w Villa Maria księżna Teresa, w domku jednym hr. August, w gotyckiéj budowelce niecierpliwa i nielubiąca Niemców księżna Ahaswera, dotąd jeszcze wdowa, mocno sobą i swym stanem znudzona, więc nieobiecująca tu długo pozostać.

Wieczór był piękny, a w ogródkach bzy rozkwitłe pachniały; na niebie pokazywały się gwiazdki i białe pływały obłoczki. W salonie na piętrze w Sistinie, przede drzwiami na balkon otwartemi, siedziało całe znane nam towarzystwo. Brakło tylko poety, który musiał pozostać na swém poddaszu, z rezygnacyą geniuszu, który wié że męczeństwo dodaje mu blasku.

Ten cichy, z łagodném powietrzem i wonią swą miłą wieczór, tak niepodobny do spędzanych wśród Rzymu, ten krajobraz tak skromny, wioskowy, to niebo umalowane tak miękkiemi tony, sine a mgliste oddale, cóś tęsknego i sielankowego, dosyć się podobały znajomym naszym, oprócz Ahaswery, która utrzymywała że ludność ma tu krew rybią, a kraj jest jakby półsenny.