Zmierzchało już i na zachodzie tylko widać było jaskrawszą łunę, która z za wzgórzów świéciła jeszcze. Czekano z herbatą wieczorną na powrót pana Ferdynanda, który tego dnia wybrał się do stolicy i miał statkiem przepływającym od Czech przyjechać na oznaczoną godzinę.
Ale statek nie wysadził go na brzeg i siostra zaczynała być o niego niespokojną, choć w Saksonii mniéj niż gdzieindziéj może grozi niebezpieczeństwo spóźnionym podróżnym.
Hrabia August dowodził, że roztargniony młodzieniec statek chybić musiał i zapewne przybędzie koleją do najbliższéj stacyi.
Jakoż wistocie spostrzegła go księżna Teresa, przewożącego się czółnem i dającego chustką znaki.
Razem z podwieczorkiem, zjawił się Ferdynand w salonie. Wszedł i choć nadrabiał wesołością, oko siostry cóś dostrzegło na jego twarzy, niby ślad troski i zakłopotania.
— Co ci jest? — spytała.
— Mnie? nic a nic! — rozśmiał się Ferdynand. — Zły tylko byłem na siebie, żem do statku przybiegł, gdy był o kilkaset kroków od przystani.
— Pewnieś się pan na jaką ładną Saksonkę zapatrzył — wtrąciła Ahaswera, grożąc na nosku niekształtnym. — Mają one przecie sławę piękności.
— Musi to być chyba pamiątką znikłéj przeszłości — rzekł Ferdynand. — Tymczasem owo plemię, o którém mówiono: Wo schöne Mädchen wachsen, zastąpione zostało jakiémś inném. Twarz ładną zobaczyć trudno, a gdyby się ją znalazło, reszta postaci rozczaruje.
— Bacznie się pan przypatrywałeś — dodała Ahaswera.