To mówiąc, westchnął.

— Gdyby nie była prawie jedyną — dodał — rozstałbym się z nią, chętnie z niéj czyniąc ofiarę...

Księżna zakrzyknęła, protestując.

— Pan mnie nie zrozumiałeś — zawołała. — Nie mam najmniejszéj chęci, nie miałam myśli starać się o posiadanie téj ślicznéj rzeczy. Szło mi o to tylko, jaką drogą mógł ten klejnocik, do którego przywiązywano wysoką cenę, uważając go jakby za amulet, zachowując z zabobonną troskliwością, przejść w ręce obce...

Artysta, słuchając z głową spuszczoną, smutny, zafrasowany, myślą zdawał się być gdzieindziéj.

— Losów kamei wytłumaczyć nie umiem — rzekł stłumionym głosem. — Do mnie dostała się ona także z rąk drugich, jako amulet i pamiątka.

— Rzecz niepojęta! — szepnęła księżna, ręce składając. — Przebacz mi pan, przepraszam go! Nie byłam panią siebie. Prawda że mi pan niedorzecznéj ciekawości mojéj za złe nie weźmiesz?

I podała rękę stojącemu w zadumie Wiktorowi, który zwolna zbliżył do niéj usta, pocałował ją z uszanowaniem, skłonił się i wyszedł.

Księżna została w miejscu zmieszana, nierada z siebie, zasmucona. Zdawała się wyrzucać sobie niepotrzebną tę ciekawość. Rysy jéj, zwykle wypogodzone, powlokły się wyrazem wewnętrznéj jakiéjś boleści.

Rzuciła się na fotel i zadumała, tak że wchodząca wierna jéj Kunusia, trochę przelękła, musiała ją z tego stanu niezwykłego wywołać pochwyceniem za rękę i wykrzykiem: