— Co pani jest?

Księżna, uśmiéchając się, podniosła ku niéj oczy i szepnęła cicho:

— Nic, nic, Kunusiu kochana. Ot tak... trochę jestem zmęczona.

Przyjaciółka, powiernica, sługa, kuzynka, Kunusia była nieco starszą od księżny, a, jak to się zwykle składa, gdy dwie osoby długo z sobą żyją razem — przybrała w obcowaniu z nią cóś z jéj ruchów i wyrazu twarzy. Niepiękna, miała oblicze spokojne i uśmiéchnięte, oczy rozumne... Dosyć słusznego wzrostu, silna, zdrowa, ubrana starannie, ale bez żadnéj pretensyi, skromna i naturalna, była sympatyczną bardzo i widząc ją, łatwo się to tłumaczyło, że księżna kochała ją jak siostrę, a żyć bez niéj nie mogła.

Po namyśle, księżna odezwała się do stojącéj i oczekującéj jaśniejszego tłumaczenia Kunusi:

— Co to mnie dziś spotkało, Kunusiu kochana! Rumienię się za dzieciństwo moje. Pamiętasz pewnie tę szpilkę z kameą, którą nosił zawsze stary ojciec męża mojego? Wystaw sobie, spostrzegam ją dziś u zupełnie nieznajomego człowieka. Nie mogłam wytrzymać: spytałam, prosiłam o jéj pokazanie. Przysięgłabym że taż sama! Lecz jakże się ona do niego dostała? Stary miał ją za talizman szczęścia...

Kunusia słuchała z uwagą wielką, myślała długo i z wyrazu jéj twarzy dorozumiéwać się było można, iż ona może tłumaczyła sobie przejście tego kamienia w obce ręce, ale zamilczéć o tém musiała.

— Proszę księżny, ale któż to taki, co ma teraz tę szpilkę? Jak się zowie? — spytała.

— A! ten nieznajomy, artysta czy nie wiem kto, o którym ci mówiłam. Polak i zdaje mi się z naszych stron, bo zna osób wiele...

Panna Kunegunda, wysłuchawszy odpowiedzi, jakiś czas stała milcząca; potém, chcąc zatrzéć wrażenie przypomnień niewesołe, odezwała się do księżny: