— Nie mylisz się pani; przeżyłem wiele. Pozostały mi tylko resztki życia, a dogryzam je mężnie i z rezygnacyą.
Niewiele tych słów, zamienionych pocichu wśród gwaru ogólnéj rozmowy, która nie ustawała, daleko więcéj, niżby się spodziéwać było można, zbliżyły panią Lizę do Wiktora.
Trwoga którą ją nabawiał ustąpiła: wcale już nie wydawał się jéj strasznym. Dziwnym fenomenem, którego nigdy dotąd nie doświadczyła na sobie, człowiek ten obcy robił teraz na niéj wrażenie, jakgdyby dawno, poufale znajomego. Nabiérała do niego zaufania.
Korzystając z tego, że poeta, Ahaswera, hrabia Filip i księżna poczęli spór o szczegół jakiś historyczny, pani Eliza obróciła się daleko poufaléj, śmieléj niż przed chwilą do Wiktora.
— Pan śród tych Włochów, z którymi podobno długo obcować byłeś zmuszony, musiałeś się czuć bardzo osamotnionym?
— O tak, chwilami — rzekł Wiktor równie śmiało i z wielką prostotą. — Lecz ja z tą samotnością wśród tłumów, z konieczności oddawna oswoiłem się i przejednałem. Nic przykrzejszego, nad narzucanie się ludziom, nad wciskanie się natrętne i proszenie choćby o jałmużnę słowa. W niedostatku ludzi żyje się z książkami, z naturą i ze sztuką, kłóci się z niemi, godzi, jak z ludźmi — zrywa i powraca, a tymczasem życie upływa.
— Starczyż to do życia? — zapytała ciekawie pani Eliza. — Jabym się bardzo tego kunsztu wystarczania sobie w samotności nauczyć chciała. Często także jestem skazaną na pustynię, bo wolę ją niż tłum uliczny, a czasem niż salonową wrzawę. Próbowałam żyć z książkami, umiłować sztukę; ale wszystko to nie zapełnia życia...
— W piérwszych chwilach — przerwał Wiktor, z wyrazem jakby macierzyńskiéj troskliwości. — Tak jest. Wszelka klauzura wymaga nowicyatu. I takie życie odosobnione musi się zdobyć przygotowaniem do niego, przełamaniem nawyknień. Naostatek i to trzeba dodać, że je wielce ułatwia albo utrudnia przeszłość. Wspomnienia są niepozbytém brzemieniem: latają koło nas i brzęczą, jak muchy natrętne.
Słysząc to, wdowa zarumieniła się i poruszyła żywo; oczy jéj błysnęły i pokryły się szybko powiekami. Westchnęła.
— Tak, masz pan słuszność — zawołała. — Kto chce przywdziać tę sukienkę mniszą, musi wprzód zrzucić znoszoną i zdartą na świecie.