— Dziękuję ci — rzekł — dziękuję serdecznie, ale cóż mi tu pomódz możesz gdzie idzie o życie, o krew, o zemstę...
Frascatella zadrżała i upadła zemdlona. Podczaszyc zostawił ją na ręku sługi, a sam jak szalony poleciał znowu pukać od drzwi do drzwi... ale wszędzie z zimną twarzą odpowiedziano mu... nie przyjmują! Wściekły zawrócił do siebie.
Mrok szary poczynał zalegać ulice, a chmura nad miastem zwieszona, milcząca, jasnemi błyski wiosennej burzy rozświecała niekiedy fantastycznie ulice, na których przechodzący i przejeżdżający migali jak cienie.
Nagle zatrzymała się kareta i twarz djabelska Fotofera ukazała się w jej oknie. Podczaszyc schwycił się i machinalnie porwał za pistolet, djabeł się rozśmiał tylko.
— Tobiem winien — zakrzyknął Ordyński z pasją — całe moje nieszczęście... tyś jego sprawcą...
— Ja? ja? co? — spytał obojętnie cavaliere.
— Tyś do mnie sprowadził tego psa Cerulli, za którego pokutuję.
— Cerulli to mój kompatrjota — no? — i cóż?
— Nic nie wiesz?
— Ja zawsze wiem wszystko.