— Chcesz mnie widzę przekupić! no! no! gadaj.
— Będziecie dziś pewnie widzieli jenerała Bauchera, gdybyście oddali mu ten bilecik.
Orlandini pocmokał, popatrzał...
— Jaki waszeć mądry! — rzekł — za rapę! A ba! oddają się to bileciki, ale nie za niuch tabaki. Ja muszę żyć, i dobrze zjeść i dobrze się napić, mnie życie kosztuje, a kto się mną posługuje, niechże karmi!
— Cóż by to kosztowało? — spytał się pan Jan biorąc się do sakwy.
— Co? to jak od kogo, — rzekł żebrak. — A od kogo list? mów waść!
— Od jednego z przyjaciół jenerała.
— Ba! ba! z przyjaciół! ma on i przyjaciółki! Daj waćpan tę rapę do tabakierki, to od podczaszyca pewnie! Dodasz jeszcze talara; wiem, że dukat by się należał, ale teraz musi być goły.
Sieniński westchnął, wyszukał najgładszego talarka i wcisnął go z biletem w rękę żebraka. Orlandini obojętnie wziął pieniądz, w szeroką kieszeń zielonej zbrukanej kamizoli wrzucił, bilecik w drugę, wysypał rapę do dna, założył znów ręce na brzuchu i kiwnął głową Sienińskiemu, jakby mu mówił:
— Bywajże asan zdrów, więcej już rozmawiać nie myślę.