— Wszelako, wszelako — rzekł Orlandini, zażywając ciągle — choć mówią, że i król go protegował, bo się podobno w matce jego kochał, zbytni szał młodzieży chce poskromić i dać przykład. Pod bokiem sejmu — a to poseł!
— Nie znaliście podczaszyca? — spytał Sieniński.
— I owszem! chłopiec się był utresował u nas, niczego! Słyszę, kobiety za nim szalały, ale pod koniec źle o nim mówiono, szulerował, brzydka rzecz...
Pan Jan aż zbladł, tabakierka zatrzęsła mu się w ręku. Orlandini popatrzał mu w oczy.
— A co waści? — spytał.
— To tak, drżączka.
— Szkoda by rozsypać tabaki... dajcie no mi jej trochę do mojej tabakierki, wcale dobra!
— Chętnie, chętnie, ale byka za indyka, gdybyście też mi zrobili jednę łaskę, która was nic kosztować nie będzie?
— O ho! a co to waści potrzeba — dumnie zagadł Orlandini — widzę, że nie bez interesu przyszła ta rapa do mnie.
— To bagatel.