— A gdzieżby być miał? u siebie.

Zamechska się śmiać zaczęła.

— Siedzi u kochanki, a matka pilnować każe, aby mu tam nie przeszkadzano — mówiła dalej ochmistrzyni.

Skrzywił się słuchając dworzanin.

— Jeżeli tak jest — rzekł — no, to stary król przecież dowie się o tem, i temprędzej zechce pozbyć Włoszki. To na moje koło woda!

— A! a! — przerwała Zamechska. — Starego króla, chorego, zmęczonego, nikt takiemi doniesieniami trapić nie zechce, a gdyby nawet się dowiedział, myślisz że on może Bonie pannę z jej fraucymeru odprawić, i że ona na to zezwoli. Na przekorę ją przy sobie trzymać będzie.

— Miał słuszność Włoch! — szepnął zadumany Dudycz.

— Jaki? co? — spytała ochmistrzyni.

— Jaki? — odparł Petrek — nie umiem wam odpowiedzieć. Tak sobie, porządny Włoch, kupiec, z którym się poznałem przypadkiem. Radził mi wprost ażebym Włoszkę porwał gwałtem... królby mi za to podziękował.

Spojrzał na zdziwioną ochmistrzynię.