Pomimo spóźnionej godziny, Boner postanowił na zamek jechać i konia, który zawsze pogotowiu stał, podać sobie kazał. Chciał i o przybyciu Decyusza oznajmić królowi i dowiedzieć się co myślano i zamierzano na zamku.
Gości więc pożegnawszy, bo młody Decyusz do ojca wracał, sam w bramie dosiadł spokojną szkapę i dwóm pachołkom rozkazawszy za sobą jechać, ruszał do zamku.
W ulicach pusto było już, ale w niektórych miejscach, tam gdziekolwiek przypadek śmierci się trafił, cisnęli się ludzie dowiadując.
Wprawnemu oku podskarbiego łatwo rozpoznać było stan miasta niezwykły, jakby w przededniu klęski. Wszędzie po ulicach, pod domostwami zamożniejszych, po placach dymiły palące się liście i zioła różne, a że powietrze było ciężkie, gorzkie dymy przepełniały je i oddychać było trudno. Tu i owdzie przesuwał się za latarką ksiądz z wiatykiem, o którym dzwonek chłopca oznajmywał. Gdzieniegdzie z wrót buchała wrzawa niespokojna, a, jak się to pod najcięższe czasy dzieje, gdy trwoga ludziom głowy odejmuje, gospody, browary, piwnice pełne były ludzi, co się odurzyć chcieli i z trunku zaczerpnąć odwagi.
Na zamek z trudnością wpuszczano, ale Boner klucz miał od furty każdego czasu.
W izbie sypialnej króla postrzegł światło, równie jak w komnatach starej pani, około których na galeryach przemykały się kobiety i służba. Około króla starego już nikogo nie było z Rady, kapelan tylko, starych dworzan kilku i doktor Polak.
Zygmunt zabierał się do spoczynku.
Boner chcący się dowiedzieć coś, nikogo nie znalazł w pustych antykamerach nad drzemiącego na ławce, na kiju swym spartego Stańczyka, który gdy nie błaznował, do ascety i filozofa podobniejszym był niż do trefnisia.
Podskarbi zbliżył się do niego.
— Czołem! — rzekł.