Marsupin ruszył do Bochni jak przyrzekł i tu w lichej bardzo gospodzie postanowił czekać.
Jak mu się tu działo, mówić nie trzeba. Wygód wszelkich brakło, lecz Marsupin na to był obojętnym. Kawałkiem chleba i zieleniną obchodzić się był gotów.
Cały tydzień upłynął na tych smutnych rekollekcyach bocheńskich Marsupinowi, który już i żupy opatrzył i z ludźmi się poznał i do proboszcza trafił i czem tylko mógł czas zabijał.
Zniecierpliwiony Włoch, dłużej już czekać bez wiadomości żadnej ze dworu nie mogąc, wystosował list błagający do króla starego, aby mu poselstwo sprawić dozwolono.
Ale list wyprawić nie dosyć było, musiał posłańca wyszukać takiego, któryby się podjął to pismo oddać do króla naówczas, gdy przy nim się znajdował Maciejowski, na którego pomoc rachował.
Nastręczył się urzędnik od żupy, który pieniądze wiózł, a którego Włoch sobie ujął datkiem, zakląwszy go, aby nie inaczej jak przy ks. Samuelu list wręczył. Tak się też stało.
Ale oprócz biskupa, nieodstępna Bona siedziała u łoża, bo ile razy król chorował, chodziła około niego z pieczołowitością wielką, wiedząc, że życie małżonka stanowiło o jej panowaniu.
Ufała miłości syna, lecz przewidywała, iż zawsze nad nim władzy jaką miała utrzymać nie potrafi.
Zaledwie ks. Samuel list otworzywszy czytać rozpoczął, gdy królowa się porwała z krzykiem.
— Za nic w świecie nie chcę tu mieć Marsupina... za nic!