Marsupin nie chciał kłamać, razem z nim mogło być najwyżej pięciu.

— Gdy przeciwko wam młodych, zręcznych, niespodziewanie, w obrachowanem miejscu i czasie stanie piętnastu — żadna siła was nie obroni.

Zdradzam moją panią — dodał — ale wasza śmierć nic jej nie da oprócz tego, że jej zemstę nasyci. Na drodze w trzech miejscach na was czekają zasadzki, nie ujdziesz ich. Czyń co chcesz. Jam swoje spełnił, nie będę miał nic na sumieniu, i jeżeli się znajdę naprzeciw was, tak dobędę miecza jak i drudzy.

Marsupin pogardliwą miną odpowiedział na to.

— Jeżeli życie masz za co ważyć — dodał przybyły, biorąc za kapelusz — czyń co wola.

Chciał już powstać, gdy Marsupin rękę jego pochwycił i zatrzymał go.

— Nie są to próżne strachy, aby się mnie pozbyć? — zapytał.

— Na patrona mojego świętego Januaryusza, na krew jego żywą — odparł Moncaccio — przysięgam ci, że nietylko nie powiększam niebezpieczeństwa, alem ci oszczędził tego co już zbyteczne, a co je znacznie czyni straszniejszem. Czyń co chcesz.

Marsupinowi znękanemu chorobą zabrakło sił, westchnął i zadumał się.

— Zostanę przynajmniej na stanowisku w Krakowie — odezwał się — aż mnie odwołają a kogo innego wyślą.