Wieczorem miał przyjść król jak zwykle; ale przed tą godziną spodziewała się Dżemma Zamechskiej, którą wypytać chciała.
Coś jej mówiło, że przyjdzie.
W istocie przed zmrokiem wsunęła się stara i uśmiechem na szerokich wargach.
— A co! królowo moja — rzekła — przypatrzyłaś się tej śliczności?
Dżemma nie taiła zachwycenia.
— Prawda! — zawołała — cudnie ładne cacko; ale, gdybym nawet miała ochotę je zatrzymać, cóż powiem królowej, królowi? Zwrócą na nie oczy?
Ochmistrzyni się zadumała.
— Mnie się zdaje — rzekła — że byleś chciała i umiała, król pomyśli że to dar matki, a królowa że dar syna... Nie zmuszą cię do tłómaczenia...
Czulej niż zwykle Włoszka zbliżyła się do Zamechskiej, wdzięcząc do niej jak dziecię pieszczone.
— Ale wy powiecie mi, od kogo ten dar pochodzi? — szepnęła.