Znała syna, przewidywała, że miłostki te ostygnąć i skończyć się muszą. Naówczas Dudycz służyć mógł na to, aby się pozbyła ciężaru. Czy z tego powodu, czy że potrzebowała sług wielu, a oderwać ich chciała przeciwnikom, królowa łaskawą twarz okazała Petrkowi.
Przechodząc w parę dni potem około niego, stanęła.
— Masz tam co do czynienia przy królu? — spytała.
— Tam mnie nie potrzebują — odparł Dudycz.
Bona głową skinęła i poszła, ale upłynęło sporo czasu, a zapytanie to żadnych nie wydało owoców.
Petrek regularnie przychodził na zamek, najdziwaczniej ubrany, jakby śmiechy chciał wyzywać, stawał to tu, to ówdzie w oczekiwaniu rozkazów — nikt mu ich nie dawał. Do wieczora męczył się tak błądząc po antykamerach, przysiadając na ławach, ofiarując posługi, których nie przyjmowano; najczęściej późno powracał do miasta, kogoś sobie potrzebnego zaprosiwszy na wino.
Unikano Dudycza, bo jego towarzystwo ośmieszało ludzi, co z nim trzymali, lecz ci co potrzebowali pieniędzy, przypochlebiali mu się. Dudycz, gdy wyrachował że datek się opłaci, dawał choć oszczędnie.
Od czasu ofiarowania spinki pięknej Dżemmie, chociaż Włoszka wzgardliwie, ostro, dumnie patrzała na niego i widocznie unikała — Petrek niezrażony, uparcie się jej nastręczał.
Łajała go czasem — kłaniał się — a nazajutrz miała znowu przed sobą tę niezgrabną postać z małym nosem, szerokiemi ustami i chudym wąsem na przestronnem polu.
Wielce ją to niecierpliwiło, gniewała się, a w końcu Zamechskiej powiedziała, aby Dudyczowi zakazała tego prześladowania.