Wieczorem Dudycz stał na przesmyku, aby się królowej pokłonić i przypomnieć, i sądził że go pominie jak zwykle, gdy Bona zatrzymała się i skinęła aby się zbliżył.

— Przyjdziesz do mnie jutro rano!

Miało-li to oznaczać łaskę, czy przeciwnie, skarcenie może — nie odgadł Dudycz. Twarz starej Włoszki nie zdawała mu się zbyt gniewną. Łamał sobie głowę domysłami, i raniuteńko był w przedpokoju.

Tu czekać musiał dosyć długo, nim go, po innych wielu, wpuszczono.

Bona siedziała w swem rannem poduszkami ostawionem krześle ogromnem, z głową zawiniętą czarną chustą koronkową, z nogami wyciągniętemi na wysłanym wysoko podnożku, w rękach przebierając papiery, któremi stół przy niej stojący był zarzucony.

Szydersko popatrzyła na strwożonego nieco Dudycza, który na to ranne posłuchanie ustroił się równie pretensyonalnie i dziwacznie jak zwykle na pokoje. Strój ten od fizyognomii zestarzałej i brzydkiej odbijał w sposób rażący, czyniąc ją śmieszną.

W chwili gdy się spodziewał napomnienia może, Petrek usłyszał głos dosyć łagodny.

— U króla nie masz pono co robić — rzekła — jest ich tam bez ciebie dosyć; a mnie trzeba pewnego posła. Prosiłam aby mi cię użyć pozwolono.

Pojedziesz z listem.

Tu królowa jakby naumyślnie się wstrzymała. Pojedziesz z listem, mogło oznaczać zarówno kilkomilową podróż i najdłuższą w świat wędrówkę. Dudyczowi opuścić teraz Kraków było tak okrutnie trudno! Lecz królowej się sprzeciwić, starać wymówić nie było sposobu. Najmniejsza rzecz ją obrażała... Dudycz się skłonił.