— Pojedziesz z listem — powtórzyła po chwili.

I znowu nastąpiło drażniące niepewnością milczenie. Stał biedny ale jak na żarzących węglach.

Dokąd miał jechać.

— Przygotuj się do podróży — dodała Bona —a potem przyjdź po list. Pojedziesz do Wiśnicza do Kmity, lub gdziekolwiek on jest, bo i w Przemyślu może przyjdzie go szukać. Musisz mi przywieźć odpowiedź...

To powiedziawszy królowa, wzięła papier inny, a Dudycz wyszedł oddychając wolniej. Podróż do Wiśnicza była bardzo małą przejażdżką, a w każdym razie Kmita nie mógł być daleko.


Cały dzień ten Dudycz poświęcił swemu wyborowi w drogę. Nadchodziła zima, czas był do jazdy niezbyt miły, ani też wygodny — ale odległość nie wielka. O Kmicie, gdzieby on był, naówczas w Krakowie z pewnością się dowiedzieć nie mógł. Mówiono różnie...

Dudycz w każdym innym razie mógł śmiało wycieczkę tę odbyć z jednym konnym sługą, ale jako poseł królowej i jako możny człowiek pragnął przyzwoicie wystąpić. O ile dotąd skąpił i łatał stare opończe (które zamknąwszy się sam na sam i teraz donaszał), o tyle jako zbogacony ziemianin krakowskiej ziemi, a przyszły mąż pięknej Włoszki, pragnął świetnie się okazywać, aby nikt nie wątpił, że do możnych należy. Jak cię widzą tak cię piszą, powtarzał sobie.

Zamiast więc jednego pacholika, brał jezdnych pięciu i rodzaj jednostajnej barwy, jednakie rzędy na konie, oręż itp. musiał im obmyśleć. Na rzeczy szedł wóz okryty skórami, w którym mieściło się co potrzebnem było do podróży i dla wystąpienia na pokojach.

Kmitę znał dotąd Dudycz z tego wielkiego rozgłosu jaki miało jego imię, z opowiadań które o nim krążyły, zdaleka go widując gdy w Krakowie przebywał. Chociaż z listem tylko od królowej jechał do niego, przystęp do człowieka takiego, jakim głoszono Kmitę, wcale tak prostą rzeczą, jak się wydawało, nie był.