Kmita już naówczas był jedną z najwybitniejszych, najgłośniejszych osobistości w Polsce, którą jedni wynosili pod niebiosa, drudzy czynili warchołem zuchwałym i niebezpiecznym.

On i hetman Tarnowski, nieprzejednani wrogowie, wiedli z sobą walkę, która o ile hetmanowi była obrzydłą i nieznośną, o tyle Kmicie dogadzała, bo go podnosiła.

Można powiedzieć o tym panu, że on pierwszy w nowszych dziejach wewnętrznych Polski uosabiał całą butę zuchwałą magnata-szlachcica, ze wszystkiem co ona miała w sobie szlachetnego i zgubnego. Nienasyconej ambicyi, niezrównanej dumy, wszędzie i zawsze pragnący być pierwszym, Kmita nie wzdragał się sobie do tych stopni, których chciał dosięgnąć, drogę torować mieczem i krwią. Gdzie nie mógł dojść godziwemi środkami, gotów był dobijać się sposobami najniegodziwszemi. Miał czy nie słuszność, kto mu się opierał, zwyciężyć musiał, bodaj to niewiem co kosztować miało.

Dla rozgłosu, dla sławy, dla potęgi, tak samo ponosił ofiary czyniąc dobrze, pomagając ludziom, zakładając klasztory, wyposażając duchownych.

Lecz z drugiej strony, po nadaniach dla kościołów i zakonów, nazajutrz przez chciwość, bo był żądny grosza zawsze, zabierał dziesięciny, zajeżdżał pola, grabił majątki duchownych.

Pieniądze jednego dnia rozrzucał z marnotrawnością niezmierną, nazajutrz rabował najcyniczniej.

Czysta, wspaniała, bohaterska postać spokojnego hetmana Tarnowskiego, górująca po nad innemi tego czasu, ten ideał wodza i obywatela, był dla niego solą w oku.

Obok Tarnowskiego postawiony, w istocie musiał się wydawać Kmita przy całej swej potędze magnata, jakim został po śmierci brata, warchołem tylko i awanturnikiem.

Gdyby nawet zmienił obyczaj później i nabrał potrzebnego umiarkowania, wspomnienie wybryków młodszych lat ciężyłoby na nim i prześladowało go. Ale ani temperament wiekiem nieposkromiony, ani nałogi nabyte, ani naostatek ludzie, któremi się otaczał, nie dozwalali mu się odmienić.

W Przemyskiem drżało cokolwiek z nim sąsiadowało i teraz... a dwór Kmity, złożony z ludzi po większej części wywołańców, znano niemal jako szajkę rozbójniczą. Nie było między niemi ani jednego, któryby głośnym nie był z kilku popełnionych morderstw — ni jednego, któryby opuszczony przez Kmitę nie godził się pod miecz katowski. Protekcya i osłona marszałka dawała im jednak bezpieczeństwo. Rozumie się, że on życie ich trzymając w swem ręku, rozporządzał też niemi jak chciał, i że na rozkaz jego musieli być na wszystko gotowi. Dla pokazania mocy swojej, Kmita tak samo teraz dawał na dworze schronienie wszystkim, co byli w walce z władzą duchowną i kościołem. On się opiekował Orzechowskim ożenionym, on wychowywał Marcina z Opoczna i Krowickiego. Nie zrywał z katolicyzmem jednakże, liczył się do gorliwych nawet, lecz gdy szło o popis potęgi, gotów był na wszystko. Jemu bezkarnie uchodziło najpoczwarniejsze urąganie się z prawa.