W człowieku tym, jak w wielu jemu podobnych, było dwu ludzi: jeden gładki, okrzesany na cesarskim niegdyś dworze, postacią piękną i pańską, słodką mową ujmujący — drugi rozpasany, dziki, niepohamowany.
W Krakowie, w pośród magnatów i książąt, otoczony świetnym dworem, który żadnemu innemu nie ustępował, Kmita należał do tych wybranych wychowańców zachodu, ówczesną Polskę najwytworniejszym dworom europejskim czyniących równą i podobną. Tu tylko olbrzymia duma mogła go odróżniać od uczniów innych akademij włoskich, od dworzan królów rzymskich i cesarzów, bo miała w sobie coś dzikiego niemal.
Zupełnie innym znowu był Kmita u siebie w domu w Wiśniczu, na łowach, we dworach swoich w Przemyskiem, gdy go otoczyli owi osławieni Szczerbowie, Pełkowie, Rozborscy, Kumelscy i Odolińscy.
Kmita z niemi zapominał się, zrzucał swe dostojeństwo i rozpasywał w ucztowaniu, które się często krwawo kończyło.
Biesiad tych pamięć pozostała długo... On sam może ich się wstydził, lecz wyrzec się nie umiał. Skąpy, nienasycony w chciwości złota, przy stole gdy się napił, rozsypywał je, rozdawał ziemie, marnotrawił co wczoraj wydarł i w towarzystwie zbójów dziczał a szalał. Następowało potem obrzydzenie ich i samego siebie, lecz kto się raz związał z takiemi ludźmi, temu pozbyć się ich, mimo ohydy, trudno. Kmita zresztą ich potrzebował tak jak oni jego, bo ambicya, współzawodnictwo z Tarnowskim, mnodzy wrogowie, jakich sobie życiem przysporzył, pokoju nie dawały. Musiał się bronić — gwałt jeden wywoływał drugie.
Dudycz wybierając się do Wiśnicza, myślał o tem wszystkiem co kiedykolwiek słyszał o Kmicie, nie był bez pewnej trwogi tego spotkania się z faworytem i powiernikiem królowej; a byłby daleko mocniej się frasował, gdyby mógł przeczuć co wiózł pod pieczęcią w liście Bony...
Było w nim pozdrowienie, kilka słów niełatwych do zrozumienia i żądanie do marszałka, aby przywożącego list starał się przez czas jakiś zatrzymać u siebie, choćby pod pozorem odpowiedzi.
Królowa, chcąc Dżemmę oswobodzić od natrętnego wielbiciela, wyprawiła go, a do instrukcyi należało, jeśliby Kmity nie znalazł w Wiśniczu, jechać za nim tam, gdzie się mógł znajdować.
Z osławionej gromady Kmitowczyków, Dudycz znał kilku. Pełka, Janko i Piotr Biały gościli u niego niegdyś w pobliżu Wieliczki i był z niemi dosyć dobrze. Na te stosunki z dworem marszałka liczył też Petrek wiele.
Nie dojechał jeszcze do Wiśnicza, gdy na nocleg zaciągnąwszy do gospody we wsi Kościelnej, gdy konie zobaczył wierzchowe u żłobu, a rozpytywać począł czyjeby były, dowiedział się, że w izbie u żyda w betach leżał ranny właśnie ten Pełka, którego znał dawniej.