Jechał Dudycz smutny bardzo, choć miał raz pierwszy w życiu tę przyjemność, że po drodze go, dla towarzyszącej pokaźnej kawalkaty i wozu, z pewnem poszanowaniem przyjmowano.
Drogi były okropne, pora najprzykrzejsza w roku. Przejście z jesieni do zimy, z zimy do wiosny, zwłaszcza w tych latach, gdy zima nie ostrą ma być i niełatwo się ustala, w naszych krajach nieznośnem się staje. Mróz naprzemiany z wilgocią, błoto z grudą, śnieg z deszczem, wichry gwałtowne, czas ten najmniej sposobnym do podróży czynią. A że Dudyczowi nietyle może siebie (zahartowanym był) ile koni paradnych żal było, wlókł się więc opieszale.
Zbliżając się ku teatrowi owej wyprawy na krnąbrnego sąsiada, Dudycz dostał wcześnie języka o Kmicie. Głośnym on był na dalekie przestrzenie, bo się nie obeszło, aby i sąsiadom sąsiada i powinowatym a przyjaciołom nie dostało się, gdy Kmita moc swą chciał okazać. Drżeli więc i dalsi obawiając się, aby mu droga kędy nie padła około nich.
Jak się spodziewać było można, głoszono, iż Kmita a raczej Rozborski, bo marszałek wyprawiał go ze Szczerbą tam, gdzie trzeba było ścisnąć i wieszać a palić, sprawiedliwość już sobie uczynił, że dwu ziemian ubito, nowe granice pozarąbywano i kopcami obsypano, i że wkrótce wszystko być miało skończone.
Na ostatek prawie do miejsca krwawych tych zajść dotarłszy, nazajutrz Dudycz spodziewał się spotkać z Kmitą. Dzieliło go od niego parę mil tylko.
Drugiego dnia gdy z noclegu ruszył, niespodzianie zerwała się śnieżna zawieja, i Petrek tak dobrze pobłądził, że, gdy się z południa rozjaśniło, znalazł się w tem samem oddaleniu od Kmity jak był zrana. Złożyło się więc, że go albo wieczorem chyba w jego własnym dworze w Sanicy znajdzie, lub przybycie do rana odłoży. Tymczasem nocować z końmi nie było gdzie, pod noc więc ciągnąć musiał.
Po drodze już Rozborskiego i Szczerby widome ślady były... Tam gdzie stał dwór szlachcica sąsiada, około którego przechodził gościniec, natrafił Dudycz na świeże, dymiące jeszcze zgliszcza, a nad samą drogą kilka trupów leżało. Wilcy je nocą poszarpali okrutnie. Widok był przerażający, bo oprócz tego na dwu drzewach trupy wisielców wiatr okręcał. Ze wsi, ze dworu, wszystko co żyło w lasy zbiegło, psy tylko wyły w pustkach i opalonych płotach i ścianach.
Dudycz wiedział bardzo dobrze, iż tak srodze pokarany ziemianin innej winy na sobie nie miał, oprócz że własności swej przeciwko silniejszemu panu bronić próbował.
Petrkowi nader było niemiłem zawsze gdzie się dwu za łby brało, ze swoim przybywać, którego bronił i szczędził — i tu po nim ciarki przeszły, myśląc, czy aby ta rzecz była skończona, a do nowych zapasów nie przyjdzie?... Lecz do Sanicy bądź co bądź zdążać na nocleg musiał.
Na noc się zbierało, gdy chłopek powracający z lasu, wskazał Dudyczowi wieś dużą i dwór zdala światłami gorejący, w którym Kmita się miał znajdować. Podjechawszy bliżej okazało się jakby na prędce we dworze rozbite obozowisko, moc wielka wozów, koni, ludzi i spędzonego bydła.