Zaledwie tentent koni Dudyczowych tu posłyszano, czy się napaści lękano, czy odwetu, ruszyło się wszystko z wrzaskiem ogromnym, i możeby z bronią w ręku przywitano gościa, gdyby Dudycz jednego ze swoich nie wyprawił przodem z oznajmieniem, że poseł od królowej z listem jechał, nie kto inny.
Uspokoili się tedy upojeni i rozpasani żołnierze Kmity, a Dudyczowi na podwórze wrota otwarto. W niem jednak i dokoła w zabudowaniach, szopach, pod płotami, gdziekolwiek daszek był, taki tu ścisk znalazł, iż ani się było myśleć umieścić.
Dwór cały stał rzęsisto oświecony, a gwar, śpiewy i brzękanie dzikiej muzyki słychać z niego było. Z ludzi, którzy naprzeciwko przybywającemu wyszli, ani jednego Dudycz trzeźwym nie znalazł. Wpadłszy w ten wrzątek, niedobrze wiedział co miał począć, gdy naprzeciwko niemu wyszedł znajomy, cioska jego Piotr Biały.
Biały był jednym z najzapamiętalszych zbójów u boku Kmity. Małego wzrostu, krępy, z krzywemi nogami, zajadła bestya, który ani swojej ani cudzej krwi nie żałował; słynął z tego, iż z okrucieństwem łączył dzikie szyderstwo, i zabijając ryczał ze śmiechu. Kto Białemu popadł w ręce, nie mógł się litości spodziewać. Potrzeba było kata, Biały się ofiarował męczyć i uśmiercać.
Wychodzący w przedsień, gdy Dudycz zsiadał z konia, poznał go Biały i krzyknął z podziwu.
— Co! tyś się tu zawieruszył!
— Królowa mi listy zwierzyła i kazała szukać z niemi marszałka.
Biały się zadumał.
— Toś go znalazł — rzekł — ale chyba dziś do niego nie przystąpisz. My do przyjmowania posłów nie gotowi. Pan nasz odpoczywa, a nie lubi, żeby mu dobrą myśl przerywano.
— Dajcież mi aby posłanie gdzie w ciepłej izbie i gdzie konie postawić — odparł Petrek — jam też zmęczony, poczekam chętnie do jutra.