Skinął na niego Biały. Weszli wewnątrz dworu, którego wszystkie izby pełne się być zdawały, a wrzawa w nich i krzyki panowały takie, jakby żaden dygnitarz się nie znajdował, ale rozpojone żołdactwo tylko. Nikt na nowo przybywającego nie spojrzał. Przez sień przeprowadził go Biały do ciemnego ganku, a z niego do pustej komory, podobno jedynej w której nikogo nie było, bo ciasna nie nadała się do ucztowania. Przytykała ona jedną ścianką nie bardzo szczelną do ogromnej izby, w której Kmita ze swemi ulubieńcami już drugi dzień za stołami siedział.

Przez szpary Dudycz nietylko słyszeć mógł ale widzieć wszystko co się tu działo. Na spoczynek i nocleg kąt był nieosobliwie dobrany, lecz gdy innego nie miał, musiał się Petrek nim zaspokoić. Biały mu tu obiecał przysłać wszystko czego mógł potrzebować, aby głodnym nie był i położyć się miał na czem. Oprócz tego zapewnił, że o ludziach, słuzbie i koniach mieć będą staranie. Nakoniec rzekł.

— Kto z obcych naszego pana zobaczy takim, jakim on teraz jest, temu on tego póki żyw nie daruje i nie zapomni. Jutro gdy go widzieć będziecie, strzeżcie się mu dać poznać, żeście cokolwiek tu widzieli lub słyszeli.

To mówiąc, Biały palec podniósł i pogroził Dudyczowi, który i bez tego już był dość nastraszony.

Nocleg wprawdzie miał pod dachem i w dosyć ciepłym kącie, a wkrótce potem przyniesiono mu kawał pieczeni sarniej, misę klusek i spory dzbanek wina; ale to co go otaczało, nie dawało spokojnie się posilić. Dwór drżeć się zdawał od tego co się w nim działo. Tuż przez cienką ścianę Kmita dokazywał ze swemi, a Dudycz, który za młodu był nawykły nieraz się znajdować wśród pijanego tłumu robotników z żup w Wieliczce, parobków, woźnic i najdzikszej gawiedzi — choć oswojony z tem bladł ze strachu, takie wrzaski, śpiewy, kłótnie, krzyki o uszy się jego obijały. Było to istne piekło.

Ostrożnie i z obawą Petrek wyszukał sobie szparę, przez którąby mógł przypatrzeć się temu sabatowi zbójów, i przyłożywszy oko do ściany, już go nie mógł oderwać.

Sala była wielka, a raczej szopa prosta na grubych słupach drewnianych sparta, oświecona pochodniami, których płomień dymiący czerwonem światłem oblewał biesiadujących u ogromnego stołu zastawionego w pośrodku niej.

Kmity zrazu spostrzedz nie mógł.

Siedział w końcu, nad stołem biesiadników, na podwyższeniu okrytem suknem szkarłatnem, w krześle nakształt tronu, mając przed sobą stolik osobny, bogato zasłany obrusem szytym złotem. Na dwu mniejszych stołach po bokach ustawione były naczynia srebrne i beczułki takież, konwie, dzbany i kubki.

Rozparty w krześle swem, na pół leżąc marszałek, okryty delią futrem podbitą, w kołpaku sobolim z kitą, którego nie zrzucił z głowy, zwrócony był ku biesiadnikom.