Twarz jego piękna, szlachetnych rysów, ale płonąca ogniem, zaczerwieniona, lśniąca od potu, z oczyma jakby łez pełnemi i iskrzącemi się razem namiętnością, miała wyraz niesłychanej dumy i siły. Ręką jednak trzymał się w bok i z góry spoglądał na swych współbiesiadników. Dwóch z wygolonemi głowami wyrostków za podniesieniem, na którem on siedział, stało tuż, gotowi do spełnienia rozkazów; stary, chudy, bogato odziany, z łańcuchem na szyi marszałek jego dworu, za niemi na straży.
Na jedną chwilę nie spoczywał Kmita. Rzucał się na siedzeniu, rękami w powietrzu ciągle coś wskazywał, krzyczał, dawał rozkazy, zrywał się, padał na siedzenie, pił, nalewać dawał kubki i to je rozsyłał współbiesiadnikom, to sam spełniał a raczej pochłaniał żarłocznie.
Lice mu się paliło, ręce drżały, oczy piorunowe rzucały wejrzenia, był jakby w gorączce jakiejś szalonego wesela i rozpasania... Dudycz słyszał nieraz o tych ucztowaniach Kmity najczęściej krwawo się kończących, lecz nic podobnego nie mógł wyobrazić sobie. To co widział przechodziło jego pojęcie.
Strach go ogarniał patrząc, i choć ściana dzieliła od Kmity, obawiał się oczów podnieść ku niemu, zwłaszcza gdy dostrzegł miecz obnażony, który miał tuż pod ręką.
Niżej nieco przy stole zasiadali wodzowie i ulubieńcy Kmity, jego zemsty posługacze, katy i zbóje, dla których nic świętego nie było.
Każdy z nich, jak mówił Rozborski, na rodzonegoby ojca się rzucił, gdyby mu Kmita go wskazał.
Twarze też tych ludzi, oprócz Kumelskicgo, powiadały od razu co zacz oni byli.
Na każdej z nich wycisnęły się długie lata życia tego, pomiędzy mieczem kata a zbójectwem, bez nadziei powrotu do spokoju i do pospolitego trybu ludzi. Wiedzieli oni wszyscy, że żaden z nich śmiercią swą w łóżku nie umrze, ale gdzieś padnie w walce, albo na dnie wieży zgnije.
Żaden z tych wodzów nie miał domu, w którymby mógł choćby jedną noc bezpiecznie przepędzić. Ci, którym Kmita dawał u siebie schronienie, bez broni stąpić nie mogli i bez straży; ci, co jak Rozborski mieli własne wioski, gośćmi się w nich tylko ukazywali.
Kumelski różnił się od nich powierzchownością mogącą oszukać, choć od innych lepszym nie był. Natura dała mu pozór osobliwy pieszczonego papinka, eleganta, człowieka co na dworaka grzecznego wyglądał, choć zbój był srogi, a okrutnik od innych sroższy.