W ręce Kumelskiego się popaść, znaczyło dostać się człowiekowi, który męczył dla przyjemności znęcania się i wyciskania krzyków boleści.

Czynił on to z udaną grzecznością, z szyderstwem, z zaciętością szatana. Ale kto go widział wystrojonego na dworze Kmity, z rękawiczkami u pasa, z beretem na uchu, we włoskich kosztownych sukniach i łańcuchach, z ustami słodyczą namaszczonemi, wątłego na pozór i delikatnego, brał go za stworzenie bezsilne i wyżyte.

Tymczasem żelazną wytrzymałością tak samo jak okrucieństwem Kumelski innych przechodził. Był to ulubieniec Kmity, robił z nim marszałek co chciał, bo ten każdą rolę odegrać potrafił.

Inni, począwszy od Białego, dwaj Szczerbowie, Pełka, Baranowski, Odoliński, Jurko, na policzkach posiekanych krwawemi bliznami pozapisywane mieli lata swej służby u Kmity.

Za niemi dalej zajmowali miejsca wychowańcy, młodzież, która się pod wodzą tych nauczycieli usposabiała na toż samo życie zbójeckie.

To także była okrutna i niezbłagana gawiedź na wszystko gotowa, aby dowieść, że już była dojrzałą i że na własną rękę puścić ją było można.

Ogromne płótnem poobwijane deski, na których leżały pieczone mięsiwa, poobrzynane ze wszystkich stron przez biesiadników, zajmowały stół, zastawiony oprócz tego misami z polewką, kaszą, kluskami, owocami, serem w dużych gomółkach i twarogiem. Dzbany gęste przy każdym prawie z biesiadników stały pod ręką, a oprócz nich Kmita, to temu to drugiemu posyłał od siebie nalany przedniejszem winem kubek srebrny, często kosztowny, który spełniwszy biesiadnik śmiejąc się chował pod ławę i nie powracał już więcej.

Niektórym rozochocony Kmita, dowodząc jak im wdzięczen był, posyłał dzbany i misy. Przed jednym nawet stało półmisię pełne złotych pieniędzy.

Skąpy pan, gdy się przy biesiedzie rozraczył, nierzadko tysiące rozposażał, czego potem żałował. Zbóje umieli z tego upojenia jego korzystać i po całych dniach i nocach go strzymywali u stołów.

Kmita, który w towarzystwie dostojniejszem, z cudzoziemcami umiał się znaleźć po pańsku, dobierać słów i okazać żeć przecie nie darmo dworował przy cesarzu, tu się zdawał lubować w mowie rozpustnej, dzikiej, bezwstydnej. Najpospolitsze łajania witał uśmiechem, a gdy się gbury z sobą waśniły i porywały do siebie, przyklaskiwał im, jątrzył, pokaleczonych dopiero każąc rozrywać; przy stole też co chwila powstawały takie pojedynki słów i grożono sobie pięściami, a na pokrwawionych twarzach nie zbywało.