Dudycz przyległszy do ściany, z początku ani wyraźnie nic rozeznać nie mógł, ani w tej wrzawie coś dosłyszeć. W oczach mu się ćmiło i w głowie zawracało.
Gdy hałas zbyt był wielki, naówczas marszałek stojący za Kmitą, z jego rozkazu podnosił laskę swą białą do góry i po kilkakroć uderzał nią silnie o ziemię — cisza powoli wracała.
Biały właśnie przystąpił do pana z doniesieniem, ale Kmita nic posłyszeć nie mógł. Nakazano uciszyć się wrzawie.
Dudycz naówczas mógł wyraźnie rozmowę usłyszeć.
— Dworzanin przybył z Krakowa od starej królowej — odezwał się.
Namarszczył się Kmita.
— Aż tu? — krzyknął — potrzeba mu było mnie gonić? Nie mógł to czekać w Wiśniczu?
— Pono miał takie rozkazy — rzekł Biały.
— Czegoż to stare babsko chce odemnie? — zapytał pogardliwie marszałek. — Spokojnie chwili usiedzieć jej trudno.
Coście z tym posłańcem zrobili? kto on taki? — zapytał Kmita.