— Dworzanin starego pana, Dudycz, stary też.

Marszczył się Kmita.

— Dać go było na folwark gdzie, aby mnie tu nie podpatrywał. Pyski mają rozpuszczone sługi królewskie.

— Schowałem go do kąta, zmęczony jest — dodał Biały — nie macie się miłość wasza co troszczyć o to. Rad że spocznie.

— A list królowej? — kwaśno zapytał na pół podnosząc się Kmita.

— Mówił mi, że go do własnych tylko rąk miłości waszej zdać może — odezwał się Biały.

Wiadomość o przybyciu Dudycza, która ochotę przerwała, nie w smak była marszałkowi. Twarz jego przybrała wyraz posępny i prawie gniewny.

Chciał już odchodzić Biały, gdy się zwrócił ku niemu.

— Mówiłeś z tym posłańcem? — spytał — nie przywiózł on jakiej wiadomości?

— E! nic tam pewnie nowego nie ma — rzekł Biały — oprócz tego co nam wiadomo, że małżeństwo młodego pana postanowione, i że stara królowa się niem gryzie.