Dudyczowi się chłodno zrobiło.
— A! gdyby miłość wasza raczyła mnie nie wstrzymywać — zawołał — bardzo mi pilno z powrotem.
Bystro spojrzał mu w oczy Kmita i zmarszczył się.
— Aleś waszeć sługą królowej, i nie o was tu idzie, ale o jej sprawę — zawołał. — Czy wam pilno czy nie, to mi wszystko, zaprawdę, jedno. Gdy mówię, że się zatrzymać potrzeba, nie ma odpowiedzi.
Dudycz zamilkł.
— Prosiłbym miłość waszą — odezwał się po chwili milczenia — przynajmniej o tę łaskę, abym wiedzieć mógł jak długo to czekanie potrwać może?
Kmita się zżymnął.
— Ciekawym jesteś do zbytku — odrzekł dumnie i kwaśno. — Ja sam nie wiem jak długo to trwać może. Nie jesteście tu z woli własnej i nie rozporządzacie sobą.
Zbladł Dudycz, z człowiekiem tym nawet się rozmówić było trudno. Zląkł się nieco, obawiał go więcej zniechęcić. Czekał już tylko odprawy.
Kmita przeszedłszy się po izbie, klasnął w dłonie. Weszło pacholę.