Dla Dudycza, który nie miał się do kogo przyczepić, a prawdę rzekłszy, nie śmiał — pobyt dłuższy zapowiadał się bardzo ciężkim.

Nie wiedział co robić z sobą?

Wyjść się lękał, aby nie pomyślano, że podpatrywał i szpiegował, coby pana Kmitę rozgniewać mogło.

Biały nie zjawił się aż nazajutrz rano.

Znalazł Dudycza milczącym i przybitym.

— Wyspałeś się? — zapytał.

— Cóżem miał robić?

— Najedz się teraz — śmiał się Biały — a gdy nie stanie zajęcia, pij. Co wolisz? Miód jest dobry, piwo niczego, wino nie pochwalę się.

Dudycz wzdychał. Biały, już zapewne wtajemniczony przez Kmitę, uśmiechał się. Zawadyaka, do wybitej doskonały, bo się nikogo i niczego nie uląkł nigdy, tajemnicy żadnej ukrywać nie umiał.

Popatrzył na zbiedzonego, milczącego Dudycza.