— Powiedz mi — odezwał się nagle — co ty królowej przewiniłeś, że cię tu za karę wysłała do nas?

— Jak to, za karę? — obruszył się Dudycz — ale ja u Miłościwej Pani mam wielką łaskę.

Biały począł się śmiać, spoglądając z politowaniem na towarzysza.

— Tak ci się nieboraku zdaje — odezwał się. — Kto tę Włoszkę zrozumie i spenetruje. To djabeł jest nie kobieta. Uśmiecha ci się, a (tu się w piersi ogromną pięścią uderzył) ja powiadam tyś coś przeskrobał.

Dudycz aż się z ławy pochwycił.

— Zkądże tobie to przyszło? — krzyknął.

— Tego nie pytaj — rzekł Biały — tylko powiadam ci, porachuj się dobrze z sumieniem.

Zamyślił się Dudycz głęboko.

— Nie może to być — odparł — gdybym nawet chciał, czemże ja, mały człeczyna, mogłem tej miłościwej pani, która u nas wszystkiem trzęsie, zawadzić albo się narazić. Naostatek ja jej łaski potrzebuję, służę jej... nie... to być nie może!

Biały walczył z wielką chętką wygadania się.