— Nie zdradzisz mnie? — szepnął.
Petrek palce na palce założył i krzyż z nich zrobiony pocałował.
— No, to ci powiem — szepnął Biały — że w liście do marszałka stoi nic więcej nad to, aby ciebie starał się jak najdłużej zatrzymać przy sobie, nie dając ci odpowiedzi.
Zbladł słuchając biedny Dudycz, bo rozkaz ten nie mógł mu się w ciasnej głowie pomieścić. Nie pojmował co mogło tę banicyę spowodować.
Siadł zrozpaczony na ławie.
— Źle ci u nas nie będzie — dodał Biały — Kmita swoim czasem poskąpi obroku, ale obcym nigdy, bo chce wielkim panem być w oczach ludzi. Tylko się tu zamęczysz... no, i kto wiedzieć może, nuż przyjdzie do jakiej rozprawy, i guza gotóweś oberwać.
Nie odpowiadał Dudycz, tak był w sobie zatopiony, Biały, który przez okno zobaczył w podwórzu jakiś nieład, nie żegnając go wybiegł. Został tedy z ciężkiemi myślami sam na sam.
Niepodobna mu się było dorozumieć co znaczyło postępowanie królowej, bo że ono było w związku z Dżemmą, tego się wcale nie domyślał.
Pozostać tu długo było dla niego męczarnią niewysłowioną, właśnie z powodu Włoszki, której oblężenie podarkami rozpoczął.
Narozmyślawszy się długo, postanowił w końcu do kogoś list napisać do Krakowa, prosząc o ratunek, ale nie umiał wymyśleć komuby się mógł powierzyć.