Powrócił na zamek dosyć zmęczony. Tu wszystko spoczywało na pozór. Po kurytarzach i galeryach było cicho, ale w oknach wszędzie światła migały i przysłuchując się szmer wszędzie pochwycić było można.
Dudycz śpieszył już do swej izdebki przy kredensach myśląc odpocząć, bo na jutro wiele miał do czynienia, gdy mijając jedne ze drzwi wiodących do mieszkań królowej Bony, zetknął się w nich z Zamechską.
Szła pośpiesznie i byłaby go pominęła, nie zdając się mieć ochoty do rozmowy, gdy Dudycz, który dawno jej nie widział a chciwy był zbliżyć się, pozdrowił ją.
— Sto lat jakem do miłości waszej nie mógł przemówić słowa! — zagadnął.
— Bo też na swobodną gawędę nie pora — odparła ochmistrzyni kwaśno. — Daj mi pokój.
— Chwileczkę! — błagał Dudycz ścigając ją do jej mieszkania.
— Czegoż chcesz?
— Czyż się pani moja nie domyślasz? — zawołał rozmiłowany — słodko jest choć pomówić o niej!
Weszli do komnaty ochmistrzyni, która szydersko się rozśmiała.
— Co ci w głowie? Wybijże to sobie — rzekła — przekonać się mogłeś przecie, że ona ani na ciebie chce patrzeć!