— Miał słuszność Włoch! — szepnął zadumany Dudycz.

— Jaki? co? — spytała ochmistrzyni.

— Jaki? — odparł Petrek — nie umiem wam odpowiedzieć. Tak sobie, porządny Włoch, kupiec, z którym się poznałem przypadkiem. Radził mi wprost ażebym Włoszkę porwał gwałtem... królby mi za to podziękował.

Spojrzał na zdziwioną ochmistrzynię.

— A wy, miłościwa pani, wy, ja sobie myślę, powinnibyście mi dopomódz do tego.

Z załamanemi rękami Zamechska odskoczyła od niego.

— Tobie się w głowie pomięszało? — krzyknęła — albo drwisz sobie ze mnie.

Dudycz wygadawszy się nic do rzeczy, spuścił głowę jak winowajca.

— Na prawdęby można myśleć, żeś ty z tej głupiej miłości oszalał — rzekła. — Nigdym nie przypuszczała nawet, ażebyś coś podobnego wymyślił.

— Ja tego nie skomponowałem — przerwał Dudycz. — Jejmość miałaś słuszność, jabym takiej sprawy sam się nie domyślił, ale Włoch powiada, że u nich to rzecz pospolita.