— Potrafi się z nim rozprawić — dodała Zamechska. — Czekała nadto długo, chce wybuchnąć.

Petrek ręce podniósł do góry.

— Gdzie dwóch się kłóci — rzekł po cichu — tam trzeci korzysta.

Dobranoc życzę miłości waszej.


Na zamku w wielkich salach była uczta zapowiedziana, lecz wprzódy jeszcze urządzono z polecenia króla Zygmunta w izbie złotej zwaną, owo uroczyste oddawanie darów młodej królowej, o którem była mowa.

Pierwsze naturalnie miejsce i tego dnia zajmowała młoda Elżbieta, której twarzyczka zmęczona, blada, oczy sińcami podbite, odbijały dziwnie od uśmiechu, na który się siliła. Spoglądała na siedzącego obok męża i jakby z niego siły czerpać chciała, szukała wzroku jego, który unikać się jej zdawał.

I tego dnia Hölzelinowna wzdychając, czując jak pani ciężko będzie to dźwigać na sobie, musiała ją przybrać jak najkosztowniej, obwiesić klejnotami, aby przy wszystkich tych kosztownościach, jakiemi ją obsypać miano, nie wydawała się zbyt ubogo.

Bona z nietajoną radością i ironią widoczną przypatrywała się zmęczonej, zżółkłej, biednej ofierze.

Stary król nie widział nic, był szczęśliwy. Zdawało mu się, że już odniósł zwycięztwo.