— Słuchaj — odezwał się Zygmunt poważnie — jeżeli ci twoje szaleństwo rozumne słowa da pojąć. Nie sądź ażebym uległ tam, gdzie idzie o przyszłość jedynego syna mojego i tej synowej, którą ukochałem jak własne dziecię! Ty chcesz przed Bogiem poprzysiężone małżeństwo rozdzielić... ja tego nie dopuszczę.
Okażę ci, że panem tu jestem i być potrafię.
Na chwilę ucichłszy gdy mówił te słowa, Bona zerwała się z ziemi i rozśmiała szydersko.
Śmiech ten, niespodziany, straszny, biednego Zygmunta przeszył jak najstraszniejsza groźba, pobladł, zatrząsł się, zamilkł.
Nie mówiąc nic Bona, zmierzyła oczyma bezsilnego starca, dumnie wyprostowała, podnosząc głowę, skrzywiła usta i rzekła obojętnie:
— Masz mi co więcej powiedzieć jeszcze? Gróźb twoich wcale się nie lękam. Kocham syna mojego i póki żywa bronić go będę.
— Cóż mu to grozi? — przebąknął król gniewnie, co?
— Pożycie z nienawistną, z narzuconą, ze wstrętliwą kobietą, która tu będzie szpiegiem i sługą cesarza i swego ojca, nieprzyjaciół moich i Izabelli.
— Mogłaś ich pozyskać jako sprzymierzeńców a robisz ich sama wrogami.
— Bo oni nigdy niczem innem być nie mogą i nie będą — zawołała Bona. — Ciebie zdzieciniałego starca uwodzą, mnie nie potrafią.