Zygmunt nakazał znowu milczenie, a królowa odpowiedziała mu śmiechem.
Sprzeczka i waśń byłyby się przedłużyły pewnie, gdyby nie zaskrobano do drzwi.
Gniewnym wzrokiem rzuciła królowa na nie, nie pojmując kto mógł tak zuchwale dobijać się tu, gdy ona była na rozmowie z królem. Łatwo się wszakże Zygmunt domyślił, iż kto inny być nie mógł nad lekarza.
Co dziwna nie króla doktór zwykły, ale królowej Nicolo Catignani, ukazał bladą, długą twarz, otoczoną włosami czarnemi, w prostych kosmykach spadającemi na ramiona i do królowej po włosku się odezwał, że Zygmuntowi potrzebnym był odpoczynek o tej godzinie.
Choć zwykle Catignaniego rady i rozkazów słuchała, Bona była nadto wzburzona tym razem, aby milcząc przyjęła przestrogę.
— A pocóż mnie tu zawołano? — odezwała się na wpół do doktora, wpół do męża. — Nie myślałam mu wcale przerywać spokoju. Kazano mi przyjść jak dziecku, aby je skarcić.
Król syknął, nierad był tym zwierzeniom przed obcym — ale Bona dla niego tajemnic żadnych nie miała.
Catignani wszedł, wcale niezmięszany, pokłonił się Zygmuntowi, rękę kładnąc na piersi, zbliżył do Bony, z poszanowaniem ale nalegając szeptać jej coś zaczął i opierającą się, gniewną w ostatku swoją powagą potrafił do wyjścia nakłonić.
Trochę opodal odedrzwi czekali komornicy ze światłem, którzy Bonę, jeszcze całą poruszoną i ledwie oprzytomniałą do jej pokojów odprowadzać mieli.
Tak była zaślepioną gniewem, iż Catignani po kilkakroć wskazywać jej musiał kierunek w jakim iść miała.