— A barwiczka? — odparła Elżbieta — od czegoż ona?
— Ona nie zastąpi ci rumieńca — rzekła Kätchen — patrz na pożyczany rumieniec starej królowej, któż w niego uwierzy?
Posłuszna młoda pani przyłożyła głowę do poduszki, ale oczy się jej zamknąć nie mogły, patrzała na piastunkę siedzącą u łoża na straży. Usta się mimowolnie poruszać zaczęły.
— Miałam wczoraj cały gotowy w głowie obrazek tego pierwszego spotkania — rzekła — jak to nigdy, nigdy nic odgadnąć niepodobna!
Chciałam całe moje życie, całe dzieciństwo mu opisać, opowiedzieć, miałam mówić o matce, o tobie, o ojcu, o siostrach, o naszych zabawach, o tem jak cesarz mnie na kolanach posadził, jak bawiliśmy się w ogrodzie, jak jego obrazek pierwszy i drugi chowałam i przypatrywałam mu się, jakem go tu zaraz poznała, tylko mi się wydał piękniejszym nierównie od malowanego!
Ja proszę cię, Kätchen, ani słowa nie mogłam powiedzieć... nic, nic. Patrzyliśmy się na siebie zdaleka, milczeli, aż do rana.
Hölzelinowna zagryzła usta.
— Królowo moja, uśnij proszę — nalegała.
Elżbieta uśmiechając się zamknęła oczy. Ćwierć godziny może trwało milczenie, zdawała się usypiać. Kätchen już na palcach oddalić się chciała, gdy przymrużone powieki nagle otwarły się szeroko, i jedna ręka królowej za suknię chwyciła piastunkę.
— Kätchen! powiedz mi! czy on mnie kocha? Dlaczegoby on nie miał kochać, kiedy ja tak w nim jestem rozmiłowana? Dlaczego on był tak strasznie zimny, tak okrutnie milczący, tak nielitościwie nieczuły?