— A! królowo moja! zamiast usnąć, ty się dręczysz — schylając się nad nią zawołała Hölzelinowna.
Elżbieta porwała się i usiadła.
— Gdyby mnie nie kochał — rzekła — naówczas... naówczas co ja pocznę?
Uściskiem zamknęła jej usta Hölzelinowna i siadła przy łóżku.
— Gdyby cię nie kochał, byłby chyba ślepym i bezrozumnym! — zawołała. — Ale miłość, dziecko moje, nie przychodzi nigdy gwałtownie. Jeżeli on jest zimny, ty masz prawo przymileć mu się i poruszyć jego serce. Jeżeli on jest nieśmiały, ty bądź odważną.
Podumała chwilę piastunka czy jej odrazu wszystko odkryć mogła.
— Nie zrozumiesz tego — dodała cicho a poważnie — że matki bywają o synów zazdrośne. Zdaje mi się, że właśnie taką jest Bona, której się może zdaje, iż miłość syna dla ciebie, coś serca jego dla niej odbierze.
— Bona? królowa matka? — szepnęła Elżbieta. — A! jak ja się jej lękam! jaka straszna kobieta. Zdaleka gdy spotkam jej oczy, zdaje mi się, że pożrećby mnie chciała.
Ona mi słówka jednego nie powiedziała, aby ośmielić i pociągnąć ku sobie. A ja ją będę musiała nazywać matką!
Załamała ręce Elżbieta.