Nazajutrz Dudycz, który stawił się do Bony, jeszcze piękniej ubrany niż zwykle, otrzymał pozwolenie widzenia się z Dżemmą.
— Idź sam swoją sprawę popierać — odezwała się Bona — ja przymuszać jej nie mogę. Wszystko zależy od tego, jak sobie poradzisz. Pamiętaj tylko, że dumną jest i że bądź co bądź, ona tobie, nie ty jej wyświadczasz łaskę.
Dudycz pokłoniwszy się do ziemi, wyszedł; ale zaledwie za progiem postrzegł, że mu samemu iść nie wypadało i nie było dogodnem.
Zamechska, którą niemal na kolanach prosił o pomoc, wręcz mu odmówiła. Bianka, czatująca na niego także z nim wchodzić nie chciała, ale dodała mu odwagi, doprowadziła do samych drzwi, wpuściła go i uciekła.
Dudycz wszedłszy drżący do znanej komnatki, w której oknie Włoszka zwykła była siadać, nie znalazł jej tu. Dopiero po chwili wyjrzała z sypialni, zmarszczyła się, pochwyciła zasłonę we drzwiach wiszącą, zawahała chwilę czy wnijdzie, i gdy ją Dudycz zobaczył a pokłonem pozdrowił, powoli, krokiem majestatycznym wsunęła się do izby. Szła tak nie mówiąc nic, opinając na sobie suknię, z brwiami ściągniętemi, gniewna ale panująca nad sobą.
Dudycz szukał po głowie od czego rozpocznie.
— Królowa JMość — począł jąkając się, cicho — królowa JMość uczyniła mi nadzieję, że zechcecie mnie wysłuchać!
— Wiem co mi powiedzieć macie — odparła sucho Dżemma, po krótkim namyśle. — Ważycie się na sprawę trudną a dla was... no i dla mnie sromotną. Mnie zresztą niewiele obchodzi co ludzie powiedzą, wiem co mi za to zapłaci, ale wam!
Dudycz się zmięszał
— Dawno już, dawno — odezwał się — serce moje wam oddałem. Na wszystkom gotów.