— Aby nic za to oprócz wzgardy nie otrzymać — przerwała mu Włoszka. — Nie rozumiem rachuby waszej. Rękę wam dać mogę być zmuszoną, ale więcej nic, nic... nawet litości.
Dudycz podniósł oczy ku niej. Nie pałała w nich namiętność — on sam przestraszonym się wydawał, ale bynajmniej rozkochanym.
Dżemma odstąpiła kilka kroków, poszła ku oknu nie patrząc na niego. W ciągu długiej nocy porachowała wszystko, gotową była wyjść za tego nikczemnego w swem przekonaniu człowieka, lecz chciała zawczasu odjąć mu wszelką nadzieję, aby małżeństwo to kiedykolwiek czem innem być mogło nad udanie i kłamstwo.
Dudycz zaś postanowił na wszystko się zgodzić, rachując iż przyszłość zmieni warunki, a Włoszka będzie musiała się im poddać.
Milczeli oboje, gdy Dżemma się odwróciła, stanąwszy zdaleka przy oknie.
— Wiecie warunki — rzekła — rękę wam dam, więcej nic. Żadnej mocy nademną. Po ślubie natychmiast wyjeżdżamy za młodym królem do Wilna.
— Wiecie że ja się zgadzam na wszystko — rzekł krótko Dudycz.
— A wy powinniście wiedzieć — dodała Włoszka — że jeźli myślicie mnie oszukać, zawieść, siłą przemódz, zawiedziecie się na tem. Mam obrońcę w królu, w królowej, ale i w sobie samej, tak.
To mówiąc z za sukni dobyła sztylecik w misternej oprawie, obnażyła jego ostrze i schowała napowrót.
Dudycz milczał.