Chciał już powstać, gdy Marsupin rękę jego pochwycił i zatrzymał go.
— Nie są to próżne strachy, aby się mnie pozbyć? — zapytał.
— Na patrona mojego świętego Januaryusza, na krew jego żywą — odparł Moncaccio — przysięgam ci, że nietylko nie powiększam niebezpieczeństwa, alem ci oszczędził tego co już zbyteczne, a co je znacznie czyni straszniejszem. Czyń co chcesz.
Marsupinowi znękanemu chorobą zabrakło sił, westchnął i zadumał się.
— Zostanę przynajmniej na stanowisku w Krakowie — odezwał się — aż mnie odwołają a kogo innego wyślą.
— Tak uczyń — wtrącił żywo Moncaccio — bo życie dasz daremnie. Nie uczynisz nic. Naraziłeś się tak, że gdybyś teraz królowej Izabelli synowi przyniósł koronę, a Bonie inwestytury na księztwa, jeszczeby ci nie przebaczyła.
— A! nieszczęśliwa Elżbieta moja! — zawołał w uniesieniu Marsupin — dziecko niewinne w szponach takiej harpii... Co ją czeka!
Moncaccio spuścił głowę, usta ścisnął, nie rzekł ani słowa pociechy.
— Nie znacie — odezwał się po długim przestanku — królowej naszej. Nigdy dotąd nic się jej oprzeć nie zdołało. Panowała, panuje, rządzi, kupuje ludzi lub strachem ich łamie; na starość nie dopuści, aby jej dyktowano prawa.
— Ale król stary chory jest i życie mu obiecują niedługie — rzekł Marsupin.